Zaćwiczyć się na śmierć

Mamy nową (?) modę w świecie chorych na anoreksję – kompulsywne ćwiczenia fizyczne. Chorzy stają się uzależnieni od ćwiczeń fizycznych do tego stopnia, że ćwiczą po kilka godzin dziennie każdego dnia, aby zrzucić wyimaginowane gramy tłuszczu.  Często to schorzenie określane jest mianem “ćwiczeniowej bulimii”.

Z kubkiem wbiegałam do góry, potem zbiegałam na dół po cytrynę, potem z cytryną biegłam do góry, potem zbiegałam po łyżeczkę i potem z łyżeczką do góry, mieszałam, a potem jeszcze znosiłam łyżeczkę.

Mówi 16-letnia anorektyczka, która w ciągu roku schudła o ponad 20 kilogramów.

Ta forma choroby jest często jeszcze gorsza niż klasyczna odmiana anoreksji, gdyż jest trudniejsza do zdiagnozowania – chora osoba normalnie je, a ćwiczenia fizyczne są uznawane za zdrowe i nie budzą żadnego niepokoju.

Podziel się:
  • Wykop
  • Gwar
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek (2 ocen, średnio: 5.00 z 5)
Loading ... Loading ...

Odpowiedzi: 2 to “Zaćwiczyć się na śmierć”

  1. znam to, najpierw nie jadłam i ćw trochę, a potem jak zaczęły sie szpitale i pilnowanie , miałam trzymać wagę(warunek wypisu ze szpitala) to zaczełam jeść i cz, cw, ćw … żeby spalić tłuszcz i rozwinąć mięśnie bo one są cięższe….a ważę więcej niż tłuszcz
    to jest o wiele bardziej męczące, wymaga więcej wysiłku… samo komponowanie diety tak żeby spalać tłuszcz jeść odpowiednia liczbę kcal wymaga więcej siły i perfekcji

    ale takie zecie….. najchętniej wróciłabym do głodówki…. ale cena perfekcji jest wysoka

  2. Odkurzanie mieszkania pięć razy dziennie.
    Mycie czystych okien. Ścieranie kurzu, którego nie ma. Krzątanie się gdziekolwiek, za czymkolwiek, robienie pustych przebiegów, tylko po to, żeby nie siedzieć.
    Brzuszki. Rower. Rolki. Jogging.
    I od nowa – bo możliwe, że coś zrobiłam źle, nie do końca odpowiednio i ZAPEWNE (!) nie da to rezultatu.
    Skąd miałam na to siły?
    Przy wzroście 174kg ważyłam 38kg.
    To trwało 5 lat. Wzloty. Upadki.
    Szpitale – jeden za drugim. Terapie – indywidualne i rodzinne. Mocne postanowienia poprawy. Morze wylanych łez i użalania się nad sobą. Próby samobójcze i niszczenie ubrań w rozmiarze ‘zero’, które nosiłam przy tak niskiej wadze i które po wyjściu ze szpitala – okazały się za małe. Złość. Na wszystko. I wszystkich. Kolejna walka z kilogramami. I kolejny szpital. Zagrożenie życia. I tak w kółko.
    To był koszmar. Koszmar nad koszmary. Już teraz wiem, jak wygląda piekło. I żadne inne cierpienie nie jest w stanie mnie przerazić. Bo bardziej nie da się cierpieć. Nienawidzić. Nie istnieć, po prostu wegetować z dnia na dzień. Wymuszając słowa, uśmiechy i wszystko to – co składa się na codzienne życie.
    Zraniona mama. Oszukana wiele razy. Tracąca nadzieje i szukająca pomocy wszędzie. Milczący tata, nie rozumiejący, płaczący po kryjomu, z kamienną twarzą. Przyjaciele – zaniedbani, olani, rozżaleni – w końcu – poddający się.
    Było minęło? Niezupełnie. To zawsze będzie przy mnie. Ze mną. W duszy. Głowie.
    Mam od 2 lat mężczyznę, którego kocham. Mam przyjaciół. Psa. Studiuję. Ważę 56kg. Czy jestem szczęśliwa? Tak! Ale są momenty, w którcy jest źle, w których nie jest ok – bo to wraca jak bumerang. Ale wtedy wołam o pomoc i radzę sobie.
    Mam też bulimię. Ale mam i wiarę. I siłę. Pozdrawiam i życzę wytrwałości w tej mozolnej, cholernie trudnej walce.

Skomentuj artykuł